menu


PROLOG
Rozdział I - On the verge of insanity: 1, 2.
Rozdział II - Shadows' masquerade: 1, 2, 3, 4.
Rozdział III - Soundscape to Ardor: 1, 2, 3.



Shadows' Masquerade - część trzecia

piątek, 17.czerwca.2011, 09:19

 


 


— Khm, khm, unieszkodliwiać, profesorze Snape, nie petryfikować… Ani nie zabijać. Unieszkodliwiać. — Dolores Umbridge wyrozumiale uśmiechnęła się do rozmówcy. — Jeden po drugim.
Przyjemne ciepło bijące od herbaty zatykało mu nozdrza. Nie wiedzieć czemu Severus Snape od razu podniósł kwiecistą filiżankę na wysokość brody, po czym spróbował upić łyk. Gorąco, gorzki smak oraz fusy na wierzchu niemal natychmiast zmusiły go do odłożenia wrzątku na miejsce. Wcale nie zamierzał słuchać wywodu Wielkiego Inkwizytora Hogwartu, ba, myślami błądził jak najdalej od zamku, jak najdalej od tego jakże przytulnego gabinetu
— Rozumie pan, profesorze, nie możemy pozwolić sobie na lekceważenie zasad… — perorowała dalej siedząca przy biurku kobieta, ze wzrokiem ukrytym gdzieś pomiędzy stertą nagromadzonych papierów — a nasi uczniowie powinni być zdyscyplinowani, khm, khm. „Gwardia Dumbledore’a” to ostatni szczeniacki szczyt arogancji, jaki w Hogwarcie będzie tolerowany. Dlatego też…
Siódma piętnaście. Za około godzinę powinny rozpocząć się lekcje, łącznie z eliksirami z jakimiś pierwszorocznymi. Herbata nieustannie parzyła mu język, natomiast słuchanie żabiego skrzeku Umbridge o tej porze ewidentnie raniło jego uszy. Wybrała sobie baba termin na poważne konwersacje, prychnął w myślach. Cóż, przecierpi, przecierpi, potem sobie pójdzie i, jeśli szczęście dopisze, nie zobaczy jej więcej aż do wieczora.
Kątem oka zerknął na towarzyszkę. Na twarzy kobiety, jak na gust Snape’a, nazbyt różowej od pudru oraz szminki, malowało się swoiste zaangażowanie oraz nawet podniecenie tematem. Ona mówiła o torturach w Hogwarcie!, przypomniało się Severusowi. Nie spodobała mu się ta myśl. Spojrzał ponownie na obecnie zajętą szukaniem czegoś Dolores Umbridge. Przez cały czas znajomości jedynie dzisiaj wyglądała tak podobnie do żaby, ubraną w różowy kostium (skrojony na miarę, oczywiście!), że mężczyzna uczuł przemożne pragnienie wrzucenia jej do stawu. Gdzie powinno być jej miejsce, uśmiechnął się kpiąco. Czuł się poirytowany, skłonny do wszelkich złośliwości – wiedział, że brak snu zrekompensuje sobie na biednych, bogu ducha winnych uczniakach w niezwykle bolesny dla nich sposób. Oj, aż nie mógł się doczekać…
— Czy pan mnie w ogóle słucha, profesorze Snape? — Wywołane nazwisko sprawiło, że mężczyzna nagle zapomniał o natrętnych, chaotycznych myślach i bezczelnie spojrzał w stronę zirytowanego oblicza Umbridge. Zamrugał dwa razy, cicho stłumił gromadzącą się potrzebę ziewnięcia, po czym skinął głową.
— Profesor Umbridge wybaczy — starał się powiedzieć to swoim zwykłym, pełnym jadu głosem. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nie zabrzmiało to wystarczająco przekonująco, ponieważ Umbridge uśmiechnęła się na poły ironicznie, na poły… sam nawet nie wiedział jak.
— I o tym, khm, właśnie, profesorze, mówiłam. O dyscyplinie. Być może nauczyciele również jej potrzebują… — spojrzała uważnie na Severusa, po czym kontynuowała wywód — „Gwardia Dumbledore’a” musi zostać wykryta i rozwiązana. Nazwiska wszystkich członków mają się znaleźć u mnie na biurku najszybciej jak to tylko będzie możliwe.
— I powierza mi pani profesor to zadanie, ponieważ…? — Nawet nie wiedział dlaczego zadał to pytanie. Wielokrotnie później przeklinał dzień, kiedy po raz pierwszy zaproponował Dolores Umbridge wyjście na kawę i rozmowę o „interesach”. Chociaż, z drugiej strony, sama odpowiedź Wielkiego Inkwizytora nie wydawała mu się już taka straszna:
— … ponieważ SAM pan chciał się przydać. Współpraca, profesorze Snape, kluczem do sukcesu. Pan pomoże mi, ja pomogę — zniżyła głos do ledwie dosłyszalnego szeptu — …Sam-Pan-Wie-Komu… — odkaszlnęła, uśmiechnęła się jakby przepraszająco, po czym już normalnym tonem dodała: — nieważne w jakim stanie ci uczniowie zostaną schwytani, profesorze. Kara cielesna byłaby tutaj jak najbardziej wskazana. Jednak – aby żyli, aby żyli… rozumie się.
Wychodząc z gabinetu profesor Umbridge, Severus Snape czuł, że od nadmiaru myśli jego głowa gotowa była eksplodować lada moment. W nozdrzach nieustannie czuł duszący zapach niedopitej herbaty, na dłoni zauważył kilka fusów. Nawet nie zastanawiał się, skąd się tam wzięły. Ot, pozwalała na tortury. Rozumie się, porozumiewawczy uśmiech, rozumie się! Dziwnym zbiegiem okoliczności Snape’owi spodobała się owa inicjatywa. Sama myśl o torturowaniu rozwrzeszczanych dzieciaków wydała mu się przyjemna, zważywszy na fakt, że pośród nich najpewniej znajdzie Złoty Chłopiec, Potter, Chłopiec, Który Niestety Przeżył… Zapewne w otoczeniu znajomych oraz najlepszych przyjaciół… I nerwy Severusa Snape’a zostaną w pewien sposób ukojone.
Za dwie minuty miały rozpocząć się lekcje.



*


Narcyza Malfoy uważała się za osobę wytrzymałą. Przecież w jej żyłach płynęła błękitna krew arystokratki, która decydowała o jej pochodzeniu, o jej zachowaniu, a nawet – o jej istnieniu! Ten sam ród, to samo nazwisko, to samo przeznaczenie, które zaakceptowała wiążąc się z Lucjuszem… W jej osobowości nie było miejsca nawet na kilkusekundową chwilę słabości. Przecież każda kropla krwi była częścią solidnej kompozycji pani Malfoy: stwarzała wytrzymałość-maskę, która szkłem odgradzała ją od otaczającego świata. Cyzia, opanowana laleczka, zamknięta pomiędzy sznurkami lalkarza, władcy, męża, domu, koneksji, arystokracji…! Przecież każda kropla błękitu uodporniała ciało na ciosy, separowała umysł od błahostek, czyniła silniejszym, wytrzymalszym, na przekór, na przekór… Gdyby tylko sama wiedziała na przekór czemu…
Narcyza powoli przymknęła oczy, jakby starając się zapamiętać i wyryć w pamięci obraz salonu. Siłą woli próbowała nadać swojej twarzy zwykły, beznamiętny wyraz. Nie mogła oprzeć się wrażeniu bycia obserwowaną – zupełnie jakby ściany wiedziały o jej małej tajemnicy… Jakby szeptały pomiędzy sobą a ona, niczym zbrodniarka, starała się odzyskać dawny wewnętrzny spokój … Oddychać – za ciężko!... równomierniej, wolniej, głębiej… Powoli. Nie myśleć, nie czuć, nie bać się. Kim ona, do cholery, była, aby w jej głowie mogła zagnieździć się równie irracjonalna myśl jak… strach! Jak ona mogła nieomal zhańbić się doszczętnie, nie upilnować twarzy, nie upilnować ciała, pozwolić się zaskoczyć i pokazać słabość… OKAZAĆ SŁABOŚĆ! Ha! Nawet teraz to wydaje się być tak niedorzeczne, tak nierealne…! Dlaczego więc gniew piekł ją od środka, wzburzenie rozsadzało czaszkę, dlaczego przykrótki oddech nie pozwalał na swobodny przepływ myśli…? Kim ona była, pieprzoną nowicjuszką?!
Dobrze znała reguły gry – okazać słabość to zginąć. Tutaj nie ma miejsca na sentymenty, nie ma miejsca na uczucia ani wątpliwości. W świecie arystokratów dominował fałsz oraz manipulacja. Szachy stare jak świat – zasady niezmienne przez wieki i pokolenia przechodzące z matki na córkę, z córki na wnuczkę, na syna… Gniew przeciekał jej przez palce i w pewien sposób zaburzał racjonalność myślenia. Oto siedziała na kanapie, kolano na kolanie, ręce zaciśnięte w piąstki, półprzymknięte oczy, zamyślenie. Oto Narcyza Malfoy, wiecznie zdradzana żona Lucjusza, żyjąca w cieniu swego męża błękitnokrwista zabaweczka do wychowywania potomka. A przecież znała reguły, wiedziała, że…! Niech to.
Skumulowany nadmiar myśli zaburzał racjonalność myślenia. Nie od razu też usłyszała początkowo ciche, z czasem coraz natarczywsze pukanie, po chwili zaś głos starego kamerdynera:
— Pan powrócił. Czy podać dwa nakrycia do stołu…?
Narcyza prychnęła ostentacyjnie, po czym spojrzała na zegarek. Długie wskazówki obecnie zatrzymały się na godzinie za pięć dwudziestej. No tak, rytuał zachowany. Pan powraca, pan je spóźniony obiad, laleczka towarzyszy. Co on sobie wyobraża, pomyślała, ile jeszcze będą ciągnąć tę farsę? Co się stało z ich małżeństwem: czy rzeczywiście pozostał w nim jedynie obowiązek i syn…? Wdech-wydech, wdech-wydech, a niech cię, Malfoy…
— Tak, do tego kawę. Możesz odejść — odpowiedziała i jakby na dowód przyzwolenia kobieta lekceważąco machnęła ręką. Służący ukłonił się w milczeniu, po czym odszedł.
Narcyza przygładziła plisowaną spódnicę. Nie miała najmniejszej ochoty widzieć jego twarzy, jednak nie potrafiła odmówić, powiedzieć „nie, dziękuję” i odprawić sługi z kwitkiem. Nie mogła mieszać w swoje problemy służących (a więc osoby obce); uważała to za uwłaczające jej godności. Nie… z kłopotami powinna sobie radzić sama. I co z tego, że te ją przerastały, że brakowało sił…? Nie miała wyboru – musiała dalej ciągnąć grę. Tylko dlaczego wstanie, zrobienie kroku, potem następnego, aż do drzwi, do schodów, potem skręt w bok… - dlaczego wszystko wydawało się być zadaniem prawie niemożliwym…?
Przynajmniej spódnica wyglądała nienagannie, westchnęła cicho. Miarowy stukot obcasów towarzyszył jej podczas całej drogi do jadalni; stuk, stuk, jak niemy wyrok ochładzał krew, zamrażał irytację, zamrażał myśli… Znowu stawała się dawną Narcyzą, beznamiętny wyraz twarzy, przygładzona spódnica, stuk obcasem, drzwi…
— Witaj w domu — powiedziała w próżnię, po czym usiadła naprzeciwko czystego nakrycia. Dotknęła filiżanki – jeszcze gorąca.
Lucjusz Malfoy w milczeniu kończył posiłek. W przerwie pomiędzy jednym kęsem a drugim na przywitanie łaskawie skinął kobiecie głową (Narcyza nie mogła oprzeć się wrażeniu, iż po plecach przebiegły jej lodowate ciarki). W tym czasie pokojówka przyniosła talerz z pokrojoną pieczenią i, widząc, jak pani przyzwalająco dotyka kiwa głową, jeden z nich nałożyła na jej nakrycie. Obok kawy niemal natychmiast pojawiła się lampka czerwonego, półsłodkiego wina. Spojrzała pytająco na służkę, na co ta zmieszała się, na jej policzku wykwitł soczysty rumieniec, zaś cichy, drżący szept wdarł się do uszu Narcyzy: „życzenie pana, czy powinnam zabrać…?”. Kobieta machnęła dłonią – biały fartuszek ukłonił się, po czym odszedł.
Pod jej powiekami wzbierał gniew. Czuła tą silną irytację, gdy sięgnęła po srebrne sztućce, złość… przemożna chęć odezwania się wbrew etykiecie pulsowała pod jej skórą, była w jej krwi… Upiła łyk kawy. Przygryzła wargę, jednocześnie modląc się, aby ten gest pozostał niezauważony.
Arystokrata powoli sączył swoje wino.
Trudno było określić ile czasu trwali w krępującym milczeniu. Lucjusz najwidoczniej zatopił się we własnych myślach, przeglądał poranny numer „Proroka Codziennego”, co chwilę złośliwie się uśmiechając lub prychając, podczas gdy Narcyza skupiła się na równomiernym pokrojeniu pieczeni. Nie czuła się głodna, bardziej w obowiązku, aby tutaj być-towarzyszyć, pozory, pozory… Ach, przyprawiające o ból głowy pieprzone pozory…
— Niewykluczone, że dzisiaj również będę musiał wrócić się do Ministerstwa. — Usłyszała chłodny głos męża. — Od czasu pamiętnej ucieczki z Azkabanu nieustannie jest coś do zrobienia.
Skinęła głową. Tak, jasne, pomyślała z ironią, praca… Praca ma długie nogi, jest czarownicą do dwudziestu pięciu lat i spotyka się z tobą w sprawach służbowych w odludnym hotelu… prawda?, spojrzała na niego gniewnie, jednak nie powiedziała ani słowa. Nie potrafiła ani sprzeciwić się, ani powiedzieć, że wiedziała. Wszystko to prowadziłoby do kłótni, do upokarzającego przyznania się do własnej porażki, a tego kompletnie nie chciała robić.
Wściekła furia ogarniała ją na samą myśl o tak prowizorycznym kłamstwie, które jej mąż wypowiedział nawet bez mrugnięcia okiem, ot, tak… „Idę cię zdradzić, nie martw się, wrócę jak zwykle, więc nie czekaj”. Upokarzające. Upokarzające! Pan i władca upokorzeń, milczących poniżeń, pozory, pozory…! Pod powiekami piekło ją coraz mocniej. Z trudnością wstała, czym wzbudziła zainteresowanie Lucjusza.
— Nie czuję się za dobrze, prawdopodobnie mi migrena wraca… — odparła, widząc pytające spojrzenie mężczyzny, po czym, nie wiedzieć czemu, przesunęła dłonią po chłodnej powierzchni stołu. — Jeśli więc wybaczysz…
Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Cholera jasna! Szybko, szybko, zanim całkowicie się skompromituje…! „JEŚLI WIĘC WYBACZYSZ…”! Musi wyjść…! Krok, krok, spokojnie, stonowanie, krok, kompozycja, delikatny uśmiech, Lucjusz kiwa głową, krok, tak, znowu zatapia się w gazecie, tak, zaraz drzwi, powietrza…!
Z cichym skrzypieniem podłogi zniknęła za framugą. Odetchnęła głęboko, przymknęła oczy. Już po wszystkim, już po wszystkim… Serce biło jej niemiłosiernie szybko – jeszcze chwila i znowu poddałaby się ciału. Czuła, jak pod powiekami kumulowały się łzy. Nie, powiedziała w myślach, nie, nie, nie… Wierzchem rękawa delikatnie otarła oczy, po czym jeszcze raz odetchnęła. Idiotka…! Co się dzieje, czemu nad sobą nie panujesz…?! Cholera, cholera, cholera…!
Kobieta powolnym krokiem udała się w stronę swojej komnaty, czując, jak otarta łza przeistacza się w skazę, ot, pęknięcie maski. W głębi duszy wiedziała, że drobny kawałek pociągnie za sobą kolejne, zniszczy przez lata doskonaloną perfekcję… Aż pewnego dnia Narcyza Malfoy przeistoczy się w rozbite szkło na dywanie pozorów.


*


Kropla za kroplą, towarzystwo ciemności, milczenie koiło nerwy. Właściwie nie powinno ją to obchodzić - właściwie nie powinna się niczym przejmować. Jednak coś w środku kłuło ją boleśnie w serce: wszystko działo się za jej plecami, bez jej wiedzy czy wglądu. Jakby za szybą, prychnęła. Na języku poczuła kolejny łyk otumaniającego zmysły wina. Sama nie wiedząc co robi, przyłożyła zimny kieliszek do policzka, uśmiechając się tępo do ogarniającej ją ciemności. Nie potrafiła zasnąć i udawać, że wszystko było jak zwykle. Czuła przemożne zmęczenie, które zamiast do łóżka pchało ją w stronę barku z alkoholem oraz jednej, drugiej, trzeciej butelki…
Jeszcze chwilę temu oddałaby cały swój majątek za krzyk. Chciała wrzeszczeć, pobudzić służbę, dać znać o swoim istnieniu, o tym, że nie jest marionetką, że też CZUJE!… I nie potrafiła. Znowu ukłucie w sercu. Wychowano ją na cichą, opanowaną kompozycję, cień własnego męża, żonę doskonałą, a co z tego dostała – zdrady, zdrady, zdrady, samotność, samotność, pieprzenie…! I co ona robiła, zbyt dumna, aby wypowiedzieć lalkarzowi posłuszeństwo: zapijała się na umór… Nie chciała czuć. Nie chciała płakać. Płakała. Oczy piekły ją niemiłosiernie. Ciemność ukrywała skazę w masce: jedną, drugą, trzecią… Nie chciała czuć, nie chciała płakać… bać się! Narcyza, Narcyza… Narcyza Malfoy, pieprzony błękitnokrwisty nikt. Ha!, zachichotała. Błękitnokrwisty nikt! To ci dopiero!
Pomiędzy kolejnymi kieliszkami zdawało jej się, że usłyszała trzask. Zupełnie jakby ktoś aportował się do salonu… Nie, pokręciła głową. Prawdopodobnie zrobiła to zbyt szybko, ponieważ poczuła ostre ukłucie bólu w okolicach karku. Nie, nie, nie – on nie mógł jeszcze wrócić! Która to godzina… o, trzecia nad ranem… Nie mógł jeszcze wrócić… Ale hałas, chociaż cichy, to jednak wyraźnie dobiegający wprost stamtąd zdawał się ją ogłuszać. Słyszała tylko ten hałas, nie potrafiła już zrozumieć własnych myśli. Hałas, Lucjusz, hałas, Lucjusz, hałas! Iść, nie iść, iść, nie iść… Przecież żony obowiązkiem jest przywitać męża… Powstała, zatoczyła się niebezpiecznie, po czym upadła z powrotem na kanapę. Czy w kodeksie małżeńskim było coś na temat zdrad…?, zastanowiła się, z lekceważeniem machając dłonią. Mąż to mąż, trzeba iść… Przygładziła spódnicę. No tak, nawet nie zdążyła się jeszcze przebrać. A czy to ważne – ciemność i tak przykryje wszystko.
Zdjęła szpilki i na bosaka starała się równo przemaszerować w kierunku drzwi. Siłą woli zmuszała pijane ciało do ruchu - zdawało jej się nawet, że wychodziło nienajgorzej – uśmiechnęła się do siebie.
Stanęła tuż przy drzwiach, jakby bojąc się je otworzyć. Jej komnata wychodziła naprzeciwko salonu – oznaczałoby to, iż najmniejszy hałas był słyszalny z obu stron. Gdyby otworzyła drzwi, zostałaby natychmiast zauważona. Czy chciała być zauważona… czego się bała… Już-już dotknęła klamki. Zawahała się wpół kroku:
— Alice…? — Usłyszała głos, który niewątpliwie mógł należeć do Lucjusza. Jednak brzmiał jakoś… inaczej, być może mniej w nim było zwykłego, tak charakterystycznego dla mężczyzny chłodu. Czyżby on również pił…? — Co ty tutaj robisz o tej porze?
Nie potrafiła się ruszyć. Zdawało się, że mężowski głos paraliżował jej nerwy i nawet siła woli nie była w stanie zmusić mięśni do naciśnięcia klamki. Musiała stać. Musiała słuchać. Słuchać, słuchać, słuchać…
— Spaceruję, panie Malfoy — cichy, niepewny głos, z pewnością należący do Alice.
No tak, zapomniała, że mieli gościa. Idiotka…!, zaklęła w duchu, po czym przystawiła ucho do twardej fraktury drzwi.
Śmiech Lucjusza, jakiś taki… rozbawiony? Nie, zdaje jej się, on nie flirtował z Alice, prawda?
— Ciekawe pory sobie wybierasz na spacery, Alice. Ktoś mógłby pomyśleć, że pamięć ci wraca… Gdzieś idziesz? Skoro już tutaj jesteś, to przeszkadzałoby ci spędzić trochę czasu ze mną? Moja żona i tak pewnie już jest w łóżku razem ze swoim bólem głowy…
Sarkazm. Czy ona, Narcyza-żona, była dla niego tylko powodem do sarkazmu? Kichnęła, machinalnie zasłaniając usta dłonią. Najwidoczniej nie usłyszeli.
Długie nic. Cichy chlupot, po czym krótkie, szorstkie pytanie:
— Zrobić i tobie drinka?
— Tak, dziękuję.
Nie potrafiła usłyszeć już więcej. Nie chciała. Wszystko działo się podobnie jak na zimowym balu, w sekrecie zorganizowanym z okazji powrotu Czarnego Pana. Mnóstwo tańczących par, mnóstwo muzyki, mnóstwo fałszywie brzmiących śmiechów, dosięgających sufitu sali balowej podszeptów… Sukienki tworzyły obraz pełen fantazyjnych barw, wymyślne fryzury oraz nietypowa biżuteria stanowiły główny punkt wieczoru dla starej arystokracji. Dalej – toast, tutaj serce Narcyzy zabiło mocniej. Bellatriks, urocza siostra Bellatriks dała niezwykły popis swojego wariactwa… Alice podbiegła pod same schody, gdzie Lucjusz konwersował z Bellą, tym samym ujawniła swoje istnienie światu – bo świat też nie wiedział, ha! Córeczka Czarnego Pana, obcas, stuk, stuk, sukienki szelest, taniec, już Lucjusz wokół palca, już nie odejdzie, chłodny, cyniczny Malfoy Senior chciał się zabawiać we flirt… Niech cała sala ma ciebie, Malfoy, za ironicznego drania, ale ona – ONA WIDZIAŁA! Wiedziała! Nie skryjesz się, nie uciekniesz…
Niespodziewanie uderzyła ciałem o podłogę. Podkuliła kolana, schowała głowę w lekko drżących ramionach. Słyszeli, nie słyszeli, słyszeli, nie słyszeli… A niech cię, Malfoy… A niech cię…
Nie dbała już o nic. Jej świadomość ginęła w otaczającym mroku. Gdzie była, co robiła – nie wiedziała, nie chciała wiedzieć. Nie czuła… Nie było. Nie było uczuć ani myśli; wszystko stopiło się w zionącą pustką ciemność. Nie było balu, nie było zdrad… Uciekała, tonęła… Już nie była Narcyzą Malfoy, już nie miała błękitnej krwi. Nie było uczuć, nie było strachu… Nie istniała… Nie było. Nie było… Nie, nie, nie…


*


— Ta wiedźma przeszła samą siebie — Severus Snape powiedział w próżnię, upewniwszy się przedtem, że drzwi były szczelnie zamknięte. Przeszedł przez opustoszały gabinet, w którym ciągle dało się wyczuć intensywny zapach inkwizytorskich perfum. — Ta baba przeszła samą siebie… — powtórzył, uśmiechając się ironicznie do własnych myśli.
Głupia ona była czy tylko naiwna…?
Pracownia Mistrza Eliksirów już dawno świeciła pustkami, dziwacznie pozasuwane krzesła czy gdzieniegdzie pozapomniane podręczniki stanowiły niemal codzienną rutynę. Za oknem leniwie zachodziło słońce, kolorując firmament różnymi odcieniami pomarańczy i niekiedy czerwieni. Wiosenny wiatr delikatnie dął w okiennice, a ich piskliwe trzeszczenie przypominało Snape’owi o konieczności ich naprawy. Jednak teraz definitywnie nie miał do tego głowy – jedynie machnął różdżką w tamtym kierunku, aby chociaż czasowo móc o tym zapomnieć.
Spotkać się z Czarnym Panem! „Ścisła współpraca”! „Omówić cele”…! „Koniec z pośrednikami…!” Za kogo ona się miała, za równą Voldemortowi…?, roześmiał się cynicznie, po czym pchnął ciężkie drewniane drzwi.
W sypialni jak zwykle panował pedantyczny porządek. Potężne woluminy, różnego rodzaju księgi na temat eliksirów, trucizn czy nawet afrodyzjaków stały w równych rządkach na półkach i, z braku dodatkowego miejsca, nawet na biurku. Łóżko perfekcyjnie zaścielone, nieopodal wieszak na pelerynę. Wielokrotnie Snape nie mógł się oprzeć wrażeniu, że, gdyby wyjął opasłe tomy oraz różnego rodzaju pojemniki z eliksirami, w jego komnacie panowałyby typowo spartańskie warunki – szafa, krzesło, biurko, łóżko. I otwarte okno z sową na parapecie…
„Ścisła współpraca”!, prychnął jeszcze w myślach, po czym szybko odwiązał przywiązany do jej nóżki liścik. Kątem oka ciekawie spoglądał na stworzenie. Sam nie wiedział, jak to się stało, że uniknęło ono ścisłej kontroli nałożonej na Hogwart przez Ministerstwo… Szaro-białe upierzenie, pyszczek, nawet postura – nic nie wskazywało na napotkanie jakiekolwiek trudności na drodze. Zabawne, pomyślał Snape, rozwijając rulonik.
Nierówny charakter pisma, jeden kleks, zawijas służący za podpis… Najwidoczniej list został napisany w biegu i chyba nawet w zdenerwowaniu.

Snape,
jutro o 9:00 rano w Gospodzie Pod Świńskim Łbem. Bądź, pilne.

Narcyza


Szybko zmiął kawałek pergaminu w ręku, po czym jeszcze raz zerknął na sowę. Ta, jakby wyczuwając napięcie oraz powagę sytuacji, w milczeniu oraz bez najmniejszego mrugnięcia odwzajemniła spojrzenie. Zahukała ponaglająco, zupełnie jakby zdawała się rozumieć daną sytuację i oczekiwała na dostarczenie jego odpowiedzi.
Nieoczekiwany ból na prawym ramieniu zakłócił mu pisanie. W miejscu, gdzie powinno się znaleźć imię adresatki, widniał teraz wielki kleks, obok zaś kilka pomniejszych kropel atramentu zdawało się dotrzymywać mu towarzystwa. Czarodziej mruknął coś niezrozumiale, po czym różdżką wskazał na zgięty pergamin. Ten natychmiast zapalił się; drobne kawałeczki obróciły się w nicość razem z ostatnim widocznym płomieniem. Czarny Pan wzywał, jego ramię pulsowało tępym, co kilka minut powtarzanym wstrząsem bólu.
Czarny Pan wzywał… Zaczęło się.
Tuż przed kolejną partią obezwładniającego rękę pieczenia w okolicach Mrocznego Znaku Severus zdążył napisać słowo-odpowiedź, przywiązać drobny rulonik do nóżki zwierzęcia. Sowa zatrzepotała skrzydłami, po czym zniknęła za oknem. Owo słowo jeszcze przez krótki moment echem odbijało się w jego umyśle, powtarzane niczym modlitewna mantra…

Będę.
S.

Czuł się zmęczony. Nazbyt zmęczony, aby wstać i sprawdzić, czy ptak swobodnie ominął ministerialną kontrolę. Zbyt zmęczony, aby podejść i napić się wódki, o której marzył przez cały dzień. Wahadło zaczęło tykać – Pan wzywał. A on był zbyt zmęczony, aby odpowiedzieć na to wezwanie. Wierzył jednak, że wiadomość lada chwila dosięgnie rezydencję Malfoy Manor.



Lost on the way, no one to blame, no one to say,
nothing to do with the way everything's changed.
Given the chance I would happily dance on the grave
of the one who shows no remorse...



wystrój

pani Ricci i ona dla Alice.
Tekst - Mike Wyzgowski: "Nothing Can Be Explained".